Podróż do Azji Płd.Wsch. - 1997

 

 

 

 

Flores


Flores powitało nas zapachem ryb. Gdy niewielki prom zbliżał się do małego portu Labuanbajo na nabrzeżu ustawiło się kilka osób. Byli to kierowcy autobusów czekający na klientów oraz właściciel jednego z nielicznych hoteli w tym mieście. Zmęczeni długą podróżą przez wyspy Indonezji postanowiliśmy odpocząć na plaży.

Flores jest częścią Małych Wysp Sundajskich, archipelagiem położonym we wschodniej Indonezji. Jej brzegi są otoczone rafami koralowymi, które bogato wyrastają z dnia płytkiego Morza Jawajskiego. Postanowiliśmy odpocząć właśnie podziwiając rafę koralową. Hotel, w którym się zatrzymaliśmy to około 20 bambusowych chatek z prądem, ale bez dostępu do wody bieżącej. Do morza mamy około 10 metrów. Nikt nie zagłusza nam spokoju, gdyż do hotelu można dostać się tylko łodzią. Lądem hotel jest praktycznie niedostępny. Pływamy w ciepłym morzu korzystając z wypożyczonych masek. Rafa koralowa jest częściowo zniszczona silnymi prądami morskimi, ale w wodzie pływa mnóstwo kolorowych rybek. Z piasku wystają ogromne, wielokilogramowe muszle.

Ciężko nam pożegnać się ze słodkim lenistwem. Flores nie jest dużą wyspą (14 tys. km2), ale trudno siępo niej podróżuje. Całą wyspę łączy jedna, wąska droga asfaltowa, do której dochodzi zaledwie kilka mniejszych. Jeszcze 20 lat temu najszybszym środkiem transportu na wyspie były konie. Autobusy pomiędzy miastami jeżdżą bardzo rzadko. Najczęściej wszystkie (dwa, trzy) odjeżdżają o jednej godzinie. My wybieramy autobus, który zawiezie nas bezpośrednio do Ende, skąd udamy się do Moni. Wyjeżdżamy na noc, co jest dość szalonym pomysłem. Ale zależy nam na czasie, a z przewodnika wiemy, że do Moni odjeżdża z Ende tylko jeden autobus. Musimy na niego zdążyć.

Mijając wiele spokojnych wulkanów, często jadąc wzdłuż brzegu Oceanu Indyjskiego docieramy do Moni. Moni jest mała wioską, którą odwiedzają niemal wszyscy turyści, którzy docierają na Flores. W jej okolicy znajduje się bowiem jeden z najpiękniejszych widoków na świecie. Niepozorny z dołu Kelimutu jest wulkanem wyjątkowym. Na jego szczycie znajdują się trzy duże jeziora kalderowe Woda w każdym z jezior wypełniających kratery wulkaniczne ma inną barwę. Według wierzeń miejscowej ludności w szmaragdowym i turkusowym mieszkają duchy dobrych ludzi. Do jeziora, które ma czarną barwę, należą duchy przestępców i innych złych ludzi. Jeszcze kilkanaście lat temu czarne jezioro miało barwę czerwoną. Resztki zabarwienia czerwonego widoczne jest na skałach wznoszących się nieznacznie ponad brzegami. Najlepiej jest być na szczycie wulkanu o świcie, kiedy gama kolorów jest najszersza. Pod sam szczyt może nas podwieźć ciężarówka, która podstawiają miejscowi. Moni i Kelimutu nie są jednak miejscami skażonymi przez turystów. Jest to miejsce turystyczne jak na Flores, ale cała wyspa nie została jeszcze objęta masową turystyką. Ciągle nie ma tu wielkich hoteli, luksusowych autobusów ani supermarketów. Na Flores docierają już tylko prawdziwi podróżnicy szukający przygód i szczęśliwych ludzi. Takich ludzi spotykamy schodząc z wulkanu do wiosek. Miejscowi zupełnie bezinteresownie częstują nas owocami, proponują herbatę. Nie ma żadnych problemów z fotografowaniem. Ale prawie zawsze proszą oni o odbitki.

Wieczorem główną atrakcją są pokazy tańców. Nie ma jednak zbyt wielu turystów zainteresowanych pokazami, które odbywają się przy rumah adat - zwyczajowym domu, którym opiekuje się naczelnik wsi. Mamy pecha. Jesteśmy niedługo przed odbywającymi się wyborami do parlamentu. W wiosce odbywa się pokaz filmu produkcji Hong-kong, jako główna atrakcja wiecu wyborczego partii Golkar. W tej sytuacji nikt już nie myśli o pokazach tańca dla mało zainteresowanych nimi turystów. Ludzie są jednak bardzo przyjaźni. Przy każdym drobiazgu można liczyć na ich pomoc.

Następnego dnia opuszczamy przyjazne Moni, aby udać się do Bajawy. Bajawa jest bardzo miłym prowincjonalnym miasteczkiem, w którym szczególnie przyjaźnie są przyjmowani Polacy...

Już podczas pobytu na bazarze dowiaduje się na migi oraz łamaną angielszczyzną o miejscu pobytu polskich księży misjonarzy. Kolejnego dnia udaję się na zwiedzanie okolic Bajawy i miejsc, w których mogę spotkać księży. Pierwszą wioską jest Langga. Pojawienie się białego turysty z dalekiej Polandii jest dużym wydarzeniem w życiu wioski. Staję się miejscową atrakcją, z którą chętnie rozmawiają obecni mieszkańcy wioski. Z dumą pokazują kościół, który zbudowali wspólnie z księdzem Tadeuszem. Na centralnym placu wsi znajdują się jednak symbole kultu duchów przodków. Są to małe, drewniane budowle z dachem krytym słomą, czyli domy duchów kobiet oraz podobnej wielkości "parasole" poświęcone przodkom płci męskiej. Niestety, księdza Tadeusza nie ma w parafii. Obdarowany dobrymi życzeniami wędruję do kolejnej wioski. Tym razem moim celem jest jedna z najbardziej tradycyjnych wiosek w okolicy Bajawy - Bena.

Bena jest wioską zbudowaną w całości w sposób tradycyjny. Jest żywym skansenem kultury ludów centralnego Flores. Domy zbudowane są w dwóch rzędach. Pośrodku znajduje się duży plac, który służy do wszystkich najważniejszych wydarzeń w wiosce. Tu bawią się dzieci, odbywają się uroczystości wioskowe, suszą się zbiory i tu chowani też są zmarli. Na placu widoczne są małe budowle poświęcone przodkom, a także potężne kamienie megalityczne, służące do składania ofiar. Wprawdzie mieszkańcy wioski oficjalnie są katolikami, ciągle jeszcze składane są ofiary z krwi zwierząt, którymi karmieni są przodkowie. Nad domem kepala adat, czyli naczelnika wsi wznosi się niewielka górka. Na górce znajduje się kapliczka z figurką Matki Boskiej wpatrzoną na główny plac wioski. Pięknie utrzymana i ukwiecona figurka równie piękny miałaby widok z drugiej strony. Za łagodnie pochylonym zboczem widać morski brzeg i kilkanaście innych pięknych wysepek Indonezji.

Opuszczając Benę udałem się w kierunku wioski Mangulewa, w której spodziewałem się zastać polskich księży. Po drodze wielokrotnie spotykałem dzieci, które pierwszy raz widziały białego turystę. Całą grupą biegły one za mną, kiedy maszerowałem drogą przez wioski wołając "Hello Miś", co rozumiałem jako skrót od popularnego "Hello Mister". Gdy tylko przystawałem i odwracałem się, dzieci zatrzymywały się i uciekały. Z drewnianych, tradycyjnych chat głośno dobrzmiewała muzyka. W jednej z nich bardzo tranzystor głośno grał "Suzana", znany przebój muzyki rockowej z początku lat osiemdziesiątych.

Doszedłem do Mangulewej i spytałem o to, gdzie mogę spotkać księdza Gorgonia. Życzliwy kierowca natychmiast wsadził kluczyki do stacyjki i uruchomił swoje bemo, czyli lokalną półciężarową taksówkę. Nie czekając na komplet pasażerów (rzecz nienormalna dla całej Indonezji) zawiózł mnie do Kościoła.

Polskich księży zastałem podczas sjesty. Zaskoczeni przybyciem rodaka zdecydowali się jednak ugościć mnie po królewsku. Nie zabrakło domowej produkcji salcesonu i ogórków kiszonych. Zaproponowane mi również została butelka indonezyjskiego piwa. Przez cały wieczór rozmawialiśmy o Polsce i Indonezji.

To było najpiękniejsze spotkanie w Indonezji. Nawet to późniejsze z kolejnym polskim księdzem misjonarzem w Labuanbajo nie pozostawiło takich wrażań. Flores zawsze pozostanie w mojej pamięci jako jedno z najmilszych miejsc, które dane było mi zobaczyć.