![]() Podróż do Indii - 1994 |
Poniżej prezentujemy krótkie teksty powstałe po powrocie z wyprawy, która miała miejsce w roku 1994. Część informacji mogła już stracić na aktualności. Teraz pewnie pisałbym zupełnie inaczej. Te teksty pewnie nigdy nie zostaną nigdzie opublikowane, ale może ktoś znajdzie w nich natchnienie do własnej podróży.
Opis podróży
W roku 1994, zaraz po obronie pracy magisterskiej, w sześcioosobowej grupie bliższych lub dalszych znajomych wyruszyliśmy w lądową podróż do Indii. Wyprawę rozpoczęliśmy w pociągu do Grodna, skąd pojechaliśmy bezpośrednim połłączeniem kolejowym do Soczi. Tam też po raz pierwszy zmieniliśmy nasze plany. W związku z wojną w Gruzji i brakiem możliwości popłynięcia bezpośrednio do Turcji wsiedliśmy na statek do Batumi, dużego portu w południowej Gruzji, niedaleko granicy tureckiej.
Granica turecka jawiła nam się niemal jako wybawienie. Z komunistycznego kraju objętego wojną dotarliśmy do cywilizacji, omalże Europy. Pieszo, a później stopem dotarliśmy do najbliższego osiedla, skąd pojechaliśmy autobusem do Erzurum. Po krótkim zwiedzeniu miasta i wysłuchaniu koncertu, na który zostaliśmy zaproszeni pojechaliśmy do Dogubayazit, niewielkiego miasta położonego w cieniu Araratu. Tam też zatrzymaliśmy się na dłużej podziwiając majestatyczny wulkan i odwiedzając kurdyjskie wioski.
Pieszo przekroczyliśmy granicę irańską, skąd udaliśmy się do Teheranu. Po przyjeździe na dworzec kolejowy część ekipy rozpoczęła zwiedzanie, pozostali pilnowali bagaży, których nie można było nigdzie zostawić. Delektowali się przy tym filmem Vabank reżyserii Machulskiego z perskim dubbingiem, który to film był prezentowany przez irańską telewizję. Koleją dotarliśmy do pięknego miasta Isfahan. Zwiedzaliśmy je razem z koszykarzem irańskim. Odwiedziliśmy go również w domu, gdzie zostaliśmy podjęci obiadem. Później podróżowaliśmy już autobusami - do Kermanu, a następnie Zahedanu, skąd terenowym, wynajętym wozem dojechaliśmy do granicy pakistańskiej.
Granica irańsko-pakistańska była jak dotąd największym dla mnie szokiem. Zupełnie jak gwałtowne przeniesienie się w czasie o kilka wieków. Celnik sprawdzający dokumenty nigdy nie słyszał o Polsce. Jako kraj pochodzenia wpisał nam Holandię i nie dał sobie wytłumaczyć, że pochodzimy z innego kraju.
Po pakistańskiej stronie nie było już asfaltu. Domy były zrobione z gliny, a na glinianej glebie siedzieli cinkciarze ze stosami banknotów rozłożonymi na gazetach. Między nimi spacerowały samotne kozy, kury i wszelaki dobytek. Tradycyjnie ubrani Pasztuni niczym nie przypominali po europejsku odzianych mężczyzn w Iranie. Pomocnicy kierowcy głośno nawoływali naganiając podróżnych do autobusu jadącego w jedynym możliwym kierunku. "Quetta, Quetta". W ten sposób wyruszyliśmy w długą drogę przez pustynię, a droga od nie drogi różniła się najczęściej tylko kupką kamieni co jakiś czas rozłożonych w celu ułatwienia wybrania właściwego kierunku.
Po przerwie na wieczorną modlitwę o zachodzie słońca, już w środku nocy, dojechaliśmy do Quetty. Zahipnotyzowani pięknem pakistańskich ciężarówek, autobusów i bazarów wyruszyliśmy pociągiem do Lahore, największego po Karaczi miasta Pakistanu, stolicy kulturalnej Pendżabu. Z Lahore nie mamy dobrych wspomnień. Było 46 stopni Celcjusza w cieniu, a każdy powiew wiatru odczuwaliśmy, jakby wręcz nas parzyło. Ponadto w dwóch hotelach, w których nocowaliśmy w tym mieście próbowano nas okraść. Mieliśmy jednak więcej szczęścia od naszych sąsiadów, Czechów. Zostali oni uśpieni środkami odurzającymi i okradzeni przez mafię hotelarską. Ponieważ nie mogliśmy ich dobudzić, wezwaliśmy na pomoc policję. Po większej awanturze w recepcji hotelowej, nasi znajomi odzyskali utracone czeki podróżne. Samo miasto było jednak bardzo ładne i kiedyś na pewno trzeba będzie tam wrócić.
Granicę pakistańsko-indyjską lądem można przekroczyć tylko w jednym miejscu. Jest ona zresztą otwarta tylko kilka godzin dziennie i często zamykana. Spędziliśmy na niej dość dużo czasu, z uwagi na indyjskich celników usiłujących wyłudzić haracz za błąd w wizie pakistańskiej, skorygowany jeszcze w ambasadzie w Warszawie. W końcu dojechaliśmy do Amritsaru i udaliśmy się wprost do Złotej Świątyni Sikhów, w której nocowaliśmy.
To była trudna noc. O ile wrażenia z pięknej świątyni są niezapomniane, to niezapomniana była też noc spędzona na balkonie (w wyznaczonej sali było zbyt ciasno i gorąco). Temperatura tej nocy wynosiła około 40 stopni. Właściwie wegetowałem czekając na najmniejszy powiew wiatru. Z Amritsaru postanowiliśmy uciec na północ do Kaszmiru.
Kaszmir był (i ciągle jest) ogarnięty wojną domową. Gazety codziennie donosiły o śmiertelnych ofiarach konfliktu. W Szrinagarze, stolicy Kaszmiru, wynajęliśmy łódź, tzw. houseboat, 1,5 USD od osoby za nocleg z pełnym wyżywieniem. Gospodarz wyraźnie bał się o nas, raz towarzyszył nam w zwiedzaniu miasta, był bardzo zdenerwowany, gdy sami poszliśmy zwiedzać. Po trzydniowym wypoczynku nad Jeziorem Daal wyruszyliśmy w dwudniową podróż do Leh (ok. 300 km).
Leh jest stolicą Ladakhu, tzw. Małego Tybetu. Większość mieszkańców to Tybetańczycy, spośród których dużą część stanowią uchodźcy. Malowniczo położone nad doliną Indusu miasto pozwoliło nam wypocząć po trudach podróży. Wkrótce wynajęliśmy dżipa, by zwiedzać okoliczne klasztory buddyjskie.
Z Leh wyruszyliśmy w trzydniową podróż do Manali. Po drodze mijaliśmy trzy przełęcze o wysokości przekraczającej 4.800 m npm. Najwyższa Taklang La miała 5.360 m npm. Ostatniego dnia w autobusie popsuły się hamulce, więc podróż kontynuowaliśmy na pace ciężarówki.
Z Manali, niewielkiego miasteczka podhimalajskiego pojechaliśmy do Delhi. Tu skorzystaliśmy z mało udanej wycieczki po mieście, spotkaliśmy się z kilkoma innymi grupami Polaków oraz wyrobiliśmy sobie wizę chińską. Jakież było nasze zdziwienie, gdy drzwi ambasady chińskiej otworzyli nam koledzy, z którymi rozstaliśmy się w Lahore.
Czekając na wizę chińską, której nie udało nam się otrzymać w Warszawie, pojechaliśmy zobaczyć najsłynniejszy zabytek architektury w Indiach - Tadż Mahal w mieście Agra. Tego samego dnia pojechaliśmy też zobaczyć Fatehpur Sikri, wspaniałe wymarłe miasto, które w XVI wieku pełniło funkcję stolicy.
Z Agry nocnym pociągiem mieliśmy pojechać do Jaipuru. Okazało się jednak, że pociąg miał 8-godzinne opóźnienie, więc noc musieliśmy spędzić na dworcu, cały czas spodziewając się pociągu, gdyż nie mogliśmy się porozumieć w sprawie, kiedy pociąg wreszcie przyjedzie.
Jaipur, czyli różowe miasto nieco nas rozczarowało. Było bardzo zaniedbane, a zabytki, choć wspaniałe nie tak oszałamiające. O wiele bardzie podobał nam się Amber, pobliski pałac położony w górach.
Z Jaipuru wróciliśmy do Delhi po paszporty i wizy, po czym nocnym pociągiem pojechaliśmy do Varanasi. Varanasi to duchowa stolica Indii, święte miasto położone nad świętą rzeką Ganges. Przez miasto przechodzi tłum pielgrzymów. Każdy Hindus choć raz w życiu ma obowiązek dokonać rytualnej kąpieli w Gangesie, najlepiej w świętym mieście Benares (lokalna nazwa Varanasi). Wielu z nich przybywa tu po to, by umrzeć. Ogromne wrażenie wywiera poranna wycieczka łodzią po Gangesie. Wysoki stan wód sprawia, że pokonanie silnego nurtu wymaga walki o każdy metr przesunięcia łodzi. W rzece płyną ledwie nadpalone zwłoki zmarłych.
Kolejnym nocnym pociągiem docieramy do Kalkuty. W mieście odwiedzamy nie tylko zabytki, ale również sierociniec i ogród botaniczny. Z Kalkuty jedziemy przez cały Półwysep Dekański do Bombaju (40 godzin pociągiem), skąd prawie od razu wyruszamy autobusem do Goa.
Goa to dawna kolonia portugalska, pielęgnująca swą odrębność i ciesząca się przywilejami enklawy celnej. Czas w Goa spędzamy głównie odpoczywając na plaży i radując się życiem. Codziennie do obiadu zamawiamy sobie butelkę doskonałego porto miejscowej produkcji (1 USD za butelkę). Odwiedzamy również Stare Goa, dawnej portugalską stolicę złożoną głównie z zabytkowych kościołów.
Po odpoczynku na plażach Goa wracamy na północ, ponownie do Bombaju, w którym tym razem się zatrzymujemy. Płyniemy również w krótki rejs, aby zwiedzić Wyspę Słoni ze starożytnymi jaskiniami, w których znajdują wiekowe i dość zniszczone posągi bożków hinduskich.
Z Bombaju jedziemy do Udaipuru, aby zachwycić się świątynią bogini Kali oraz pałacem Maharadży, a potem do Puszkaru, kolejnej wspaniałości indyjskiego Radżastanu. Tam też pierwszy raz w życiu dosiadam wielbłąda.
W Delhi zatrzymujemy się tylko na chwilę, by na najcentralniejszym placu Delhi przejechać się na słoniu, a potem przez Amritsar, Lahore i Rawalpindi podróżujemy do Peszawaru. Sześć kolejnych nocy spędzamy w autobusach, by w Peszawarze zasnąć w hotelu na kilkanaście długich godzin. Z Peszawaru jedziemy do Darry, malutkiej wioski położonej kilka kilometrów od granicy afgańskiej. Tu widzimy jak miescowi nad ogniskami i w przez siebie wykonanych piecach tłoczą lufy do karabinów typu kałasznikow. Z Peszawaru wracamy lokalnym busikiem do Rawalpindi skąd udajemy się do Gilgit, stolicy pakistańskiego Karakorum.
Rozkoszując się widokiem siedmiotysięcznika Rakaposhi jedziemy dalej Karakorum Highway do Karimabadu. Jakże piękne i surowe zarazem są tutejsze lodowce - Passu, Batura. Po przekroczeniu granicy chińskiej krajobraz zdecydowanie się zmienia. Tu już nie ma wysokich szczytów, głębokich dolin, jest tylko szeroki płaskowyż, z którego wyrastają niewinnie wyglądające szczyty.
W ten sposób dojeżdżamy do słynnego Kaszgaru, skąd szybko udajemy się w dalszą drogę. Oszczędzamy 3 dni podróży i nie jedziemy przez Urumczi, lecz zabieramy się autobusem z grupą kirgiskich "turystów", zajmujących się przemytem przez przełęcz Turugart. Wraz z nimi autobusem docieramy do granicy, którą bez większych problemów pokonujemy. Trudniej zrobić to kirgiskim "turystom", którzy na granicy przesiedli się do cieżarówek wypełnionych chińską wódką w plastikowych butelkach. Wkrótce jedziemy zamknięci w budzie na pace takiej ciężarówki z rzadka tylko zatrzymującej się. Na każdym przystanku obowiązkowo musimy potwierdzać przyjaźń polsko-kirgiską wódką. Chyba najbardziej pijany jest kierowca. Ostatecznie udaje nam się dotrzeć do Biszkieku. Tu wsiądziemy w pociąg, który w cztery dni dowiezie nas do Moskwy. Moskwy już nawet nie zwiedzamy. Zmieniamy dworzec, by kolejnym pociągiem dotrzeć do Brześcia. Wjeżdżając na stację widzimy, jak odjeżdża pociąg do Warszawy. Nieco podłamani wychodzimy na miasto, aby dotrzeć do granicy licząc, że łatwiej do domu dojedziemy z Terespola. Na granicy okazuje się, że nie można jej przekroczyć pieszo. Musimy znaleźć kierowcę, który zgodzi się zabrać nas do samochodu. Udaje się nam to szczęśliwie łatwo. Potem znowu pieszo idziemy na dworzec w Terespolu, skąd lokalnymi pociągami z przesiadką w Siedlcach dojeżdżamy do Warszawy. A jakież czyste wydawały się nam te pociągi podmiejskie...