![]() Podróż na Bliski Wschód - 1996 |
Zwiedzanie Turcji rozpocząłem na opak. Pierwszym miejscem, które zobaczyłem była Hopa, wioska leżąca na samej granicy z Gruzją. Po przekroczeniu granicy rozpoczęliśmy wielki odpoczynek. Wreszcie było bezpiecznie, nikt nie próbował wyłudzać pieniędzy, a ludzie okazywali swą życzliwość i pomoc. Pierwsze spotkanie to kamienista droga dopiero wydzierana skalnemu wybrzeżu Morza Czarnego. Odległość 20 km pokonujemy w około 30 minut. Jedziemy w sześć osób plus plecaki w małej taksówce za jedyne 10$. Kupujemy owoce - tanie i smaczne źródło witamin i kalorii. Po zakupie biletu na autobus sprzedawcy częstują nas herbatą. Na zewnątrz bezpiecznie stoją plecaki. To nie jest obraz tej strasznej Turcji, jaki tworzy się w nas pod wpływem prasy i telewizji. Islam, owszem, ale tolerancyjny. Na ulicy można zobaczyć obok siebie kobiety w minispódniczkach i z zakrytymi twarzami. Zmęczenie długą drogą z kraju oraz piękno wschodniej Turcji sprawiają, że postanawiamy odpocząć. Zatrzymujemy się u podnóża Araratu, najwyższego w tej części świata, wygasłego już wulkanu. Nocujemy w Ishak Pasha wzniesionym ponad Dogubayazit. Jesteśmy w Kurdystanie. Armia turecka serdecznie pozdrawia kontrolując paszporty, Kurdowie uśmiechają się przyjaźnie proponując wycieczkę dżipem po pobliskich wioskach (35$ za dzień - naprawdę warto). Gdzie ta wojna? Cóż, podobno największa wrogość pomiędzy Kurdami i Turkami przejawia się w Stambule i Ankarze. Aż szkoda wyjeżdżać...
Wróciłem po dwóch latach. Moje drugie spotkanie z Turcją to Kapadocja. Po przekroczeniu granicy syryjskiej bardzo nie chciałem utknąć w Antakyi, którą srodze się zawiodłem podróżując w przeciwnym kierunku. Niestety wschodnia Turcja nie cieszy się tak wspaniałą komunikacją autobusową jak część zachodnia. Brak bezpośredniego połączenia oraz nadmierna chęć sprzedania biletu powoduje, że firma "mylnie ocenia" czas przejazdu i już o godzinie 4 rano wysiadam na przedmieściach Konyi, w miejscu, gdzie przejeżdżają autobusy do Kapadocji. Zmęczony i zmarznięty (jest kwiecień) zostaję zaproszony na herbatę przez pracowników stacji benzynowej. Zaczyna się rozmowa w mieszaninie języka tureckiego, angielskiego i migowego. "Me Turkiye, You?". "Polonya". "Aaa, Panathinaikos - Ajax 1:0, Warzycha". Rzeczywiście, poprzedniego dnia były mecze ligi mistrzów, a Turcy pasjonują się piłką nożną. Tradycyjnie rozmowa zaczynała się pytaniem "Skąd jesteś", potem wspomnieniem Romana Koseckiego, który był polską gwiazdą ligi tureckiej kilka lat temu i analizą aktualnej sytuacji piłkarskiej w Turcji i na świecie.
Dopiero potem rozmowa schodziła na pytania o wiarę, rodzinę, aż wreszcie kobiety. Konwersacja jest przy tym mocno utrudniona, gdyż z wyjątkiem miejsc turystycznych jedynym językiem, jakim Turcy władają, jest turecki. Dialog toczy się poprzez gesty i wskazywanie zdań w rozmówkach, ale jest bardzo sympatycznie. O 5.30 łapię autobus, ale po pół godzinie wysiadam na rozdrożu oddalonym 10 km do Göreme. Okolica śpi, więc czeka mnie przymusowy spacerek. Göreme jest najczęstrzą bazą turystów w Kapadocji. Jest to już miejsce turystyczne. Przyjeżdża tu mnóstwo par lub samotnych turystek, na szczęście nie ma jeszcze grup amerykańskich i niemieckich emerytów. Ale już niedługo i oni tu dotrą. Przez okno jednego ze skalnych kościołów wyrzeźbionych w miękkich tuffach wulkanicznych dostrzegam nowoczesny hotel z basenem. Raju nie umieraj! Wspaniałości stworzone przez wczesnych chrześcijan ulegają bezsensownemu niszczeniu przez ludność tubylczą. Wiele ze skalnych kościołów zostało zamienionych na komórki, widziałem też kopułę ozdobioną resztkami fresków służącą jako garaż dla motocykla. Wiele miejsc jest chronionych lub niedostępnych, ale pozostałe ulegają stałej degradacji również przez samą naturę. Warto zwiedzić nie tylko muzea w Göreme i Zelve, ale również pochodzić po zagubionych, wąskich i dzikich dolinkach. Może odkryjemy kolejne podziemne miasto...
O ile atmosfera Kapadocji nie została jeszcze zepsuta przez masową turystykę, o tyle zachodnia Turcja została już dotknięta tym nieszczęściem. Zamek z bawełny, jak pieszczotliwie nazywane jest Pammukale, to oaza wysokich cen, które bez wahania płacą autokarowi turyści. Tu najtrudniej znaleźć miłe towarzystwo, a sprzedawcy są najbardziej nachalni W pobliskich ruinach Hieraropolis oferują oni również "stare" monety rzekomo sprzed kilku wieków. Nawet niewprawnym okiem laika stwierdziłem ich kilkudniowy jedynie pobyt w ziemi i prymitywne wykonanie. Jednak po pochwale sprytnego fałszerstwa, sprzedawca staje się sympatycznym człowiekiem. Rozmawiamy na wiele tematów, ale już nie oferuje żadnych "atrakcyjnych" transakcji. Miłym miejscem Pammukale staje się dopiero wieczorem. Turyści pochowali się w hotelach, zaś na wapiennych tarasach jedynie garstka romantyków z aparatami w ręku oczekuje na wyjątkowy tu zachód słońca...
Ostatnią odsłoną Turcji był dla mnie Stambuł. Miasto pełne jest turystów wszelkiego rodzaju - autokarowych i handlowych głównie. Ale i prawdziwy wędrowiec znajdzie tu coś dla siebie. Nie sposób pominąć wspaniałą Aya Sophię, kościół Mądrości Bożej, zbudowany w VI wieku. Po upadku Bizancjum w 1453 roku potężną bazylikę zamieniono na meczet i dobudowano minarety. W latach trzydziestych naszego stulecia Atatürk, zwany ojcem Turków, zakończył spory między chrześcijanami i muzułmanami i uznał Aya Sophię za dziedzictwo kultury narodowej, które zamieniono w muzeum. Pozwoliło to na odsłonięcie i odnowienie malowideł i mozaik. Nie mniejsze wrażenie robi Błękitny Meczet ze swoimi 20 tysiącami płytek ceramicznych. Ta XVII-wieczna budowla stała się słynna ze względu na okalające ją sześć minaretów. Według legendy obraziło to mieszkańców świętego miasta Mekki i spowodowało dobudowanie siódmego minaretu tamtejszego meczetu. Gorzej, jeśli ktoś zapragnie zobaczyć prawdziwą Turcję na ulicach Stambułu. Tego szczęścia doświadczają nieliczni. Najlepiej udać się w okolicę Bazaru Egipskiego. Może nie jest zupełnie po turecku, ale zawsze inaczej. Warto jeszcze udać się do Pałacu Topkapi. Budynki same w sobie są już atrakcją, jednakże najistotniejsze są muzea, które pozwolą nam na łatwiejsze odszukanie prawdziwej Turcji w Turcji. Bo jeśli ktoś pragnie czegoś więcej niż popluskania się w ciepłym morzu, niech jedzie do Turcji teraz. Za kilka, kilkanaście lat jedynie tereny wschodniej Anatolii nie będą wyglądały jak wszystkie inne turystyczne osiedla w Europie.
Informacje praktyczne:
Aby przekroczyć granicę turecką konieczna jest wiza. Można ją uzyskać w ambasadzie tureckiej w Warszawie lub po prostu wykupić na każdym przejściu granicznym z Turcją. W obu przypadkach kosztuje ona 10$ (od roku 2005 15$). Do Turcji można się dostać samolotem, autobusem lub własnym samochodem (uwaga na Bułgarię).
Bilety autobusowe do Stambułu można kupić w biurze OPEC przy Dworcu Centralnym w cenie od 300 zł.+35$ na podarunki dla celników przyspieszające przejazdy przez granicę. Autokary odjeżdżają około 11 w soboty, by w niedzielny wieczór dotrzeć do stambulskiej dzielnicy Laleli, przeobrażonej obecnie w bazar. Rozsądną alternatywą wobec noclegu w drogim i głośnym Laleli jest Sultanahmet. Należy wsiąść do tramwaju jadącego w stronę Sirkeçi i przejechać trzy przystanki. W okolicy Sultanahmet można znaleźć, obok drogich, wiele atrakcyjnych cenowo hotelików (3$ za łóżko w dormitorium), w których naszymi sąsiadami będą międzynarodowi turyści z plecakami. Dodatkową korzyścią jest bliskość najważniejszych zabytków Stambułu oraz agencji turystycznych oferujących tanie bilety autobusowe w różne rejony kraju i pomocnych w uzyskaniu rzetelnych informacji o samym Stambule.
Znacznie łatwiej poradzić sobie poza Stambułem. Tanie hoteliki można znaleźć praktycznie w każdej miejscowości. Należy jednak pamiętać, że ceny zależą od sezonu, pogody i indywidualnego podejścia do turysty. O ile w kwietniu można jeszcze dostać nocleg w pensjonacie np. Tan w Göreme za 4$, w sezonie trzeba przeznaczyć kwotę przynajmniej dwukrotnie wyższą.
Podobnie jest z cenami za przejazdy autobusowe. Taryfa zmienia się około 15 kwietnia i 15 października. W sezonie taniej jest korzystać z pociągów, które są znacznie mniej komfortowe, lecz pozwalają na przeżycie niesamowitych wrażeń etnograficznych. Przy kupowaniu wszelkiego rodzaju biletów (wstępu do obiektów zabytkowych, muzeów, kolejowych, autobusowych itp.) należy pytać o zniżki. Szczególnie warto wyrobić sobie międzynarodową legitymację studencką ISIC. Czasem turyści usiłują oszczędzić fundusze podróżując autostopem. W Turcji ta forma transportu nie jest zbyt bezpieczną, gdyż tureccy kierowcy ciężarówek często bywają spragnieni wrażeń seksualnych i mogą niestosownie zachowywać się wobec turystek. Sposób traktowania kobiet w Turcji różni się wprawdzie od opisywanego przez Sienkiewicza, ale losu lepiej nie kusić (nawet jeśli niemoralne propozycje zdarzają się sporadycznie). Przed natarczywością mężczyzn kobietę broni obrączka, a najlepiej podróżujący z nią mężczyzna (czyli mąż, w najgorszym wypadku brat).
Pieniądze: Sektor bankowy w Turcji jest bardzo dobrze rozwinięty. Z wymianą czeków podróżnych, euroczeków, czy pobraniem pieniędzy z kart VISA, MasterCard nie powinniśmy mieć problemów, choć czasem prowizje mogą być wysokie. Gotówkę wymienić można wszędzie. Ze względu na wysoką inflację pieniądze należy wymieniać na liry stopniowo. Ale najwięcej pieniędzy można zaoszczędzić dostosowując się do wymogów Wschodu, czyli z uśmiechem, długo i prawie wszędzie targując się.